Po chwili wakacyjnej przerwy powracam z nowościami na bloga.

Ślub Kasi i Przemka fotografowałem trochę z tzw. „doskoku” – był na nim zespół dwóch fotografów zamówionych przez Młodych. Ja znalazłem się tam jako gość. Początkowo w ogóle chciałem zrezygnować z fotografowania. Ale jak to bywa w moim przypadku – zmieniłem zdanie pół dnia przed… Nie byłoby problemu, gdyby nie to, że ślub odbywał się w Czarnkowie (okolice Piły), a ja z Warszawy nie zabrałem żadnego aparatu…
Tak czy inaczej na to też znalazł się sposób – przekopaliśmy z moją drugą połówką (kuzynką Panny Młodej) jej rodzinną szafę i znaleźliśmy starego, „kliszowego” Kodaka. Pełny automat – w którym nie dało się zrobić nic oprócz wciśnięcia spustu migawki. Do niego szybko włożyliśmy najtańszy film z Rossmana. I tak uzbrojeni wyruszyliśmy na ślub.
Zdjęcia bardzo mocno nawiązują do ujęć zwanych w slangu fotograficznym snapshot’ami. Przecież w końcu to Kodak rozpoczął ich propagowanie na szeroką skalę. Całość wyszła, tak jak się spodziewałem, inaczej niż zwykle u mnie – czy gorzej czy lepiej oceńcie sami. Jedno jest pewne – wśród gości wraz z moim „sprzętem” budziłem popłoch i niemałe zaciekawienie ;-)


Tego jeszcze nie widziałem nigdzie – czyli Para Młoda śpiewająca na swoim własnym ślubie – z zespołem – na żywo :-)





Masz oko, a Młodzi się pewnie cieszą i długo się będą cieszyć, że mają niesztampowe ujęcia. Świetny prezent.